Sienna na wakacjach - odc. 2
Sienna na wakacjach - odc. 2
Wtorek, 31. Sierpień 2010 13:07
Daniel Michalecki

Pastorowi się nie odmawia - obóz dla dzieci w Broku (23-30 lipca)
To był pomysł pastora Arkadiusza: zróbmy coś dla powodzian. Padło na organizatorów obozu dziecięcego w Broku. Zapytano nas, czy możemy przyjąć w tym roku dodatkowych kilkanaścioro dzieci z rodzin, które najciężej ucierpiały w powodzi.
Kiedy pastor pyta o takie rzeczy, stosuje pewien efekt audiowizualny. Uśmiecha się mianowicie tym swoim uroczym uśmiechem, a w jego głosie słychać rozbrajającą mieszankę smutku z powodu niesprawiedliwości na świecie oraz wiary w lepszą rzeczywistość. I o co by wtedy nie poprosił, nie sposób mu odmówić.
W założeniu pomoc miała dotyczyć dzieci z rodzin należących do naszego Kościoła w Czechowicach-Ddziedzicach. Okazało się jednak, że wierzący prawie wcale w powodzi nie ucierpieli. Miejscowy pastor zaproponował natychmiast, że dotrze z naszą ofertą do innych poszkodowanych. W akcję włączyła się także opieka społeczna. I w ten sposób nasz obóz powiększył się o kilkanaścioro dzieci – w tym paru nastolatków.
Okazało się, że będziemy przez tydzień zajmować się dziećmi, które są trochę starsze od naszych zborowych wychowanków, pochodzą nierzadko z nieciekawego środowiska i o których w dodatku nic pewnego nie wiemy. Niepewność rodzi strach – przyznaję, że ten nasz miał coraz większe oczy. Im bliżej było do obozu, tym bardziej baliśmy się spotkania z grupą z Czechowic.
Rzeczywistość szybko rozwiała nasze obawy. Dzieciaki z Czechowic-Dziedzic były po prostu świetne. A obóz spodobał im się praktycznie już od pierwszych chwil. Jak się później dowiedzieliśmy, cała grupa jechała do Broku z przeświadczeniem, że będzie uczestniczyć w smętnym, kościelnym wyjeździe. Tymczasem każdego dnia czekały na nich nowe atrakcje – od rana do wieczora. Wszyscy więc chętnie uczestniczyli w zajęciach. I starali się jak mogli. Nawet najstarsi chłopcy uczyli się wersetów, wypełniali biblijne ćwiczenia, pomagali mniejszym i pilnowali porządku w pokojach – żeby tylko zdobyć codzienną porcję naklejek, którą pod wieczór mogli wymienić na kolejny element składanego przez cały obóz osobistego breloka. Brelok składał się z liter (pięknie i pomysłowo przygotowanych przez pracownię artystyczną Gosi Myszki), które pod koniec obozu miały ułożyć jakieś słowo. Jakie? Na razie nie było wiadomo.
Pamiętam zaskoczenie tych dzieciaków, gdy okazało się, że program naszego obozu nie składa się z dyskotek i chodzenia do sklepu. Myślę, że bardzo to doceniły. Doceniły te wieczory talentów, na których nikt nikogo nie wyśmiewał; pełne emocji podchody, podczas których losy rywalizacji ważyły się do ostatnich chwil; legendarne sztafety przygotowywane przez Jacka „Ciociu, ja już zdecydowałem i decyzji swej nie zmienię” Krasnowskiego; grę w chińczyka, podczas której pionkami byli sami obozowicze, zwariowane zabawy detektywistyczne; mecze siatkówki balonowej; warsztaty z takimi atrakcjami, jak podstawy języka japońskiego, uroczo prezentowane przez Monikę Kuczyńską, czy tworzenie programów komputerowych, brawurowo prowadzone przez Mateusza Nowakowskiego – można by tak wymieniać i wymieniać. A przecież trzeba jeszcze napisać o godzinach biblijnych i społecznościach wieczornych – naprawdę trzeba było widzieć te dzieciaki, gdy z zapartym tchem słuchały opowieści o bohaterach wiary. Trzeba było je widzieć, gdy całymi sobą śpiewały i tańczyły dla Pana Jezusa, prowadzone przez genialny zespół Natalii Bajak.
Gdy przyszło do pożegnania, te dzieciaki autentycznie miały łzy w oczach. Dla nas to była największa nagroda. Dziś modlimy się, by to, czego dowiedziały się o Bogu na naszym obozie i co zobaczyły na własne oczy, zmieniło ich życie.
Na breloku powstało na koniec słowo „kochaj”.
| < Poprzedni | Dalej > |
|---|
































