Gospodarz

2013-12-22

Gospodarz

“Herod wydał rozkaz, aby pozabijać wszystkie dzieci... od dwóch lat i młodsze” - często w okresie Bożego Narodzenia czytamy to zdanie i zwyczajnie idziemy dalej. Ale poeta pochylił się nad nim, we łzach, w rozpaczy, w poszukiwaniu jakiejś szczeliny, przez którą mogłaby zajaśnieć nadzieja. Obraz, który studiuje, zaczyna rozbrzmiewać opowieścią. Przyduszeni do cierpienia jak do ściany, zaczynamy wyczuwać jej bruzdy i pęknięcia.

Po co tak się zmagać? Po cóż poeta narzuca sobie ten rygor? Czemu próbuje stworzyć obrys cierpienia? Cóż, Rzeczywistość ma konkretny kształt. Bóg jest taki jaki jest, a nie taki, jakim chcielibyśmy Go widzieć. Jego Syn, Jezus Chrystus, jest Prawdą twardą jak granit. Ofiara, którą złożył, też była twarda - spontaniczność pióra trafiła więc w ramy twarde i niewygodne, zupełnie jak Golgota. Gospodarz słono zapłacił za przenocowanie Syna Bożego. Może studium jego bólu również okaże się cenne?

“Gospodarz” powstał, by wskazać Światło, które jaśnieje w najpotworniejszych chwilach historii. To samo Światło lśni na naszych własnych drogach cierpienia. Przyjdźcie, zobaczcie!

 

Jakubowa skończyłaby pięćdziesiąt osiem lat
W dniu, w którym Jezus stanął u bram
Betlejemu. Szedł do Gospody Jakuba.
W powietrzu jasnym brzmiał
Sąsiedzkich rozmów gwar,
I dzieci bawiły się przy drodze.
Po cichu nucił jakąś pieśń,
Zwolnił, przyglądał się, do dzieci się uśmiechał.

Małą dziewczynkę zabawił chwilę
Rysując palcem wielbłąda, w pyle
Pielgrzymiej drogi. „Co to?” - zapytał.
Mała zbadała dzieło Pana
I wykrzyknęła roześmiana:
„Wielbłąd, proszę pana!”.
Palcem wskazała na wybrzuszenie,
Gdzie handlarz wiąże mu obciążenie:
„O, tu jest garb”. „Masz rację, mała,
A czyś wiedziała, kto stworzył ten wielbłądzi garb?”
Nim pomyślała, że w synagodze
Niepokój wniosłaby jej odpowiedź,
Szybko odrzekła: „Bóg tak chciał”.
Uśmiechnął się Pan.
„Patrzysz uważnie, moja mała.
Ach, gdyby Jeruzalem cała
W pradawnych murach dostrzec umiała
Znaki pokoju, co blisko już”.
Prosta dziewczynka stała zdumiona,
A Pan szedł dalej w swoją stronę,
Szukając miejsca narodzin swych.

Gospoda miała reputację,
Że to nie miejsce na libacje,
Bo Jakub to pobożny mąż, co dobrze żył.
Rachelę kochać, synów wychować,
Podróżnym pomóc - ot, taki miał życiowy plan.
Szczególnie ulżyć pragnął biedakom,
Szli z turkawkami i własną strawą -
- Byle tu, u Syjonu bram,
Zmęczoną skłonić głowę.
Wcześnie wstawali, późno szli spać,
By o pielgrzymów porządnie dbać,
A gdy w gospodzie miejsc nie starczało,
Tym, którym na nic więcej nie stało,
Mówili: „Tu, nieopodal,
Znajdziecie siano i ciepły koc,
Możecie spędzić bezpiecznie noc,
Płacić nie trzeba.
To tylko stajnia, więc ciasno, skromnie,
Ale pilnuje mój wierny Noe”.
Och, Jakub kochał tego psa!
To był pasterzy ślubny dar,
A Jakub czasem tylko się śmiał,
Że wszak Dekalog nie zabrania
Serdecznego przywiązania
Pana do psa.

Dzieciaki biegły ile tchu,
A Jezus zwolnił - był już tuż,
Widział w oddali gospodę.
Nierówną ścieżką dotarł pod drzwi,
Zamknięte jakby od wielu dni.
Zapukał raz, zapukał znowu - czeka.
Wkrótce usłyszał jakby z daleka
Staruszka głos: „Od tyłu chodź!”
Pan Jezus wszedł od podwórza.

Gospodarz Jakub na krześle siadł,
Przywitał gościa, przegonił psa.
„To już 30 lat, a wciąż mi odźwiernego brak
Niech mi wybaczy łaskawy Pan,
Z Jerozolimy drogi szmat
I nogi pewnie bolą.
To trudna droga, czy rację mam?
Proszę się nie obawiać psa - łagodny jak jego ojciec,
Nie gryzie poczciwina,
Nie tknąłby nawet Rzymianina”
Kikutem zamiast ręki wskazał: „Proszę siąść,
Dawno tu nie zaglądał gość.
Mam dużo czasu na myślenie,
Proszę, niech Pan zgasi pragnienie,
Wodą ze studni Jakubowej”
„Twoja gospoda?” - zapytał Pan.
“Nie, nie prowadzę jej sam,
Wolę mówić, że jest pożyczona
od samego Pana Boga”.

I poznał Pan serdeczny ton
I pytał: “Czy pamiętasz rok,
Gdy Cezar kazał zliczyć lud?”
“A czy z Północy wieje chłód?
Czy na pustyni deszczu głód?
Czy ryba pływa? Czy sokół woła?
Nigdy zapomnieć go nie zdołam.
Potworny ból i zawodzenie,
Boże przedziwne to zrządzenie.

“Dlaczego pyta łaskawy gość?”
“Mam do spłacenia dawny dług.
Cóż za potworny spotkał cię ból?”
Gospodarz uniósł kikut i mówi
“Straciłem ramię. nawet nie czułem,
Z tak wielkim przyszło zmierzyć się bólem.
Ileż mnie kosztowała gościna
Dla Wybranego, Bożego Syna?
Miejsce jest puste, a ja samotny,
Już od trzydziestu lat.

Ach, stary Jakub o gospodę dba
Mając jedno ramię i wiernego psa.
A gdzie jego synowie? „Miałem kiedyś synów!
Pierworodny był drobny - żona chorowała,
Ale Bóg dał nam łaskę, Józef skończył trzy lata,
A Rachela zrodziła nam drugiego syna,
Bena. Tej samej nocy przyszła błogosławiona rodzina.

Miejsc nie było, zostali w stajni - dobre serce mej żony.
Pamiętam, mąż niewiasty był chudy, zmartwiony,
Trochę jak ty” „Ale dlaczego mówisz, że ten rok był zły?”
„Ludzie widzieli, że u nas gościli.
Dobra reputacja - żeśmy się cieszyli.
Myślałem: uśmiechnie się Bóg.
A rok później przybyli żołnierze Heroda.
Jak myślisz, gdzie zaczęli niewinnych mordować?
Nie miałem pojęcia, rozkazu nie znałem,
Nie mogłem się modlić, broni nie trzymałem.
Józef na ulicy, ukryć się nie dało,
Nie zdążył się pożegnać.  Czasu było mało.
Starczyło, bym widział, jak ostrze przeszyło
Ciało mego syna, gdy upadł na ziemię
I patrzył prosto na mnie, z wielkim przerażeniem,
Jakby nie rozumiał, w czym jest jego wina.
A czy Pan wie, co znaczy stracić syna?”
Łzy płynęły po twarzy Zbawiciela,
Gdy słuchał, jak Jakub serce swe otwiera.
Głowę pochylił, nic nie odpowiedział.

„Nim z płuc zdołałem krzyk żalu wypuścić,
Zagrzmiał jak koszmar rozkaz dowódcy:
Chłopców dwuletnich i młodszych zabijać,
Bez zmiłowania, nic nie omijać,
Ten chłopak niech za przykład posłuży,
Taki mniej więcej dwulatek duży.
Zróbcie to, jak wam życia miłe!’
Ja w domu miecza nie trzymałem,
Bóg wie, ramion nie żałowałem,
By bronić mej prawicy syna.
Tak dzielna była Rachel moja,
Tak dzielna! Jej dłonie jak stalowa zbroja,
Wokół maleństwa. Nie puściła.
Żelazo ciało jej przeszyło,
Na siebie wzięła każdy cios.
Straciłem ramię, dzieci i żonę - potworny los.
Tak kosztowała mnie gościna dla Wybranego,
Bożego Syna!

A dokąd odszedł ten Boży Syn?
Czemu dziś nie pomaga mi?”
Siedzieli obaj w braterskiej ciszy,
Jakub wpatrywał się w łzy przybysza:

Chłopiec, którego Herod zniszczyć chciał
To ja. Moich rodziców tutaj gościłeś,
To w twojej stajni się urodziłem.
Dlaczego twoi zginęli, nie ja?
Wyższe od ludzkich są Boże drogi,
Gdy minie teraźniejszy czas,
Zobaczysz sam.
Przyszedłem, by pokazać ci,
Żeś dla światłości otworzył drzwi
W tamtą przedziwną noc.
Za dwa tygodnie moje ciało
Na krzyżu będzie zbite wisiało.
Ale Jakubie, miej to w pamięci,
Po trzech dniach wstanę żywy ze śmierci,
Wrócę triumfując, stopy postawić
Na głowie tego, co śmiercią rani.

A przyjdzie dzień jak wybawienie
Kiedy wymażę każde cierpienie.
W żonę i synów twych włożę tchnienie,
Ożyją znowu. I wszelkim dobrem nasycę ciebie
W życiu bez końca, ze mną, u Ojca.

John Piper
tłum. Weronika Czajko

 

{fcomment lang=pl_PL width=705}