Zobaczyć uśmiech Pana Boga

2013-04-28 | Wywiady

Zobaczyć uśmiech Pana Boga

Andrzej i Anna Kowalczyk opowiadają o działalności Chrześcijańskiej Misji Społecznej.

Dlaczego pomagacie ludziom w trudnej sytuacji?
Sami znaleźliśmy się kiedyś w kryzysie i bardzo potrzebowaliśmy pomocy. Naszym ratunkiem był wtedy Bóg, ale w najgorszych chwilach zabrakło ludzi, którzy mogli by tę pomoc w praktyczny sposób okazać. Później, gdy odbiliśmy się od największego dna i zaczęliśmy współpracować z Misją, najpierw jako beneficjenci, a potem wolontariusze, zrozumieliśmy, że to nie był przypadek. Dzięki temu doświadczeniu możemy dziś lepiej rozumieć ludzi, którzy znaleźli się w potrzebie. Wiemy, jak to jest, gdy brakuje sił, gdy wydaje się, że nie ma wyjścia. Chcemy w te sytuacje wnosić Nadzieję, którą jest Jezus.

Na początku tego roku zrezygnowaliście z “normalnej” pracy i postanowiliście zrobić krok wiary - poświęcić się całkowicie prowadzeniu Chrześcijańskiej Misji Społecznej.
Nasi poprzednicy, wspaniali ludzie - Renata i Ryszard Pruszkowscy - przeszli na emeryturę, a my mieliśmy poczucie, że Pan Bóg wyraźnie kierował nas w tym kierunku. Wcześniej przez kilka lat próbowaliśmy godzić obowiązki zawodowe z działalnością Misji, ale wiedzieliśmy, że prowadzenie tego rodzaju służby wymaga pełnego zaangażowania. Dziś, po trzech miesiącach pracy, mamy poczucie, że Bóg szeroko otwiera przed nami drzwi. Powstał dobry fundament do dalszych działań, zaczęliśmy pomagać pierwszym rodzinom. Mamy wielkie, odważne marzenia na przyszłość, bo taki jest nasz Bóg. A jednocześnie wciąż poruszamy się w przestrzeni wiary, mówimy o tym, czego jeszcze nie widzimy. Na tym etapie nie mamy np. środków na wypłacanie sobie pensji. Tymczasowo utrzymują nas dzieci, które także uwierzyły w to nasze “szaleństwo”.

W jaki sposób udzielacie pomocy?
Nasze działania skierowane są do rodzin z problemami, najczęściej z biednych dzielnic. Zależy nam na tym, by docierać do trzech pokoleń, bo w takich rodzinach dziadkowie, rodzice i dzieci, mieszkają zwykle razem.
Praca z rodzicami to przede wszystkim aktywizacja zawodowa. Zanim do tego dojdzie, potrzebna jest jednak wewnętrzna przemiana przez kontakt z wartościami chrześcijańskimi. Są to ludzie, którym wpojono zupełnie inny sposób myślenia: “tylko głupi nie kradnie” i podobne przekonania. Jednocześnie chcemy zająć się dziećmi, żeby nie dziedziczyły tych negatywnych wzorców. Staramy się też przekonać dziadków, że mogą być przykładem dla młodszych, że ciąży na nich pewna odpowiedzialność. Zdajemy sobie sprawę, że każdy z tych elementów jest ważny. Dlatego wolimy kompleksowo zaopiekować się kilkoma rodzinami, niż rozdać setce dzieci po tabliczce czekolady.

Służba tego rodzaju musi nieść ze sobą wiele dylematów.
Nauczyliśmy się odróżniać oszustów od tych, którzy faktycznie potrzebują pomocy. Staramy się, by nasze działania były mierzalne, by było widać jakiś progres.
Często mówi się, że lepiej dać potrzebującemu wędkę, niż rybę. Nasza pomoc z definicji jest ograniczona w czasie, a jej celem jest trwała przemiana. Dążymy do tego, by Ci, którzy otrzymali wsparcie w trudnych chwilach, nauczyli się sami rozwiązywać swoje problemy, żyli z pracy własnych rąk i - choć niektórzy z nich - sami zaczęli nieść pomoc innym.
Nim jednak przejdziemy do “wędki”, potrzebna jest i “ryba”. Często ci, którzy nie są w stanie zaspokoić potrzeb własnej rodziny, zwłaszcza mężczyźni, przechodzą głębokie załamanie. Brak motywacji, niewiara we własne możliwości, ale i wiele innych problemów - wszystko to wymaga pomocy terapeutycznej. Niezbędna jest też doraźna pomoc materialna. Kontakt z Pismem Świętym i opieka duszpasterska pozwalają natomiast uleczyć duszę.

Czy warto podejmować taki wysiłek?
Oczywiście. Nieraz przypominają nam o tym historie ludzi, których życie uległo przemianie. Poznaliśmy w swojej pracy pewnego chłopaka. Kilka lat siedział w więzieniu, co jakiś czas wychodził, a potem szybko wracał. Miał kontakt z Misją i tak usłyszał Ewangelię. Nawrócił się w zakładzie karnym. Kiedy wyszedł z więzienia, nie wrócił już do kolegów, ale kupił kwiaty i poszedł do mamy. Dziś ma żonę, dzieci. Założył firmę, w której zatrudnia chłopaków z podobną przeszłością. W ten sposób daje im możliwość rozpoczęcia nowego życia. On i jego rodzina wciąż angażują się w działania charytatywne, pomagają innym. Czy warto?

Zdecydowanie tak! Jakie projekty realizujecie w tej chwili?
Obecnie pomagamy dwóm rodzinom - w jednej jest sześcioro dzieci, w drugiej dwoje i trzecie w drodze. Są tam osoby wierzące.  Opiekujemy się nimi na różne sposoby, od zakupów po rozmowy duszpasterskie. Ania Kubicka, wolontariuszka, która przyłączyła się do nas w efekcie tegorocznej Niedzieli Misyjnej na Siennej, regularnie odwiedza jedną z tych rodzin. Spędza czas z dziećmi, pomaga w nauce, a co najważniejsze - jest dla nich wzorem do naśladowania, kimś, kto inspiruje, zachęca. Tych kilka godzin tygodniowo to niesamowita inwestycja. Obserwujemy zmiany, które zachodzą z tygodnia na tydzień i odczuwamy wielką radość. To jak zobaczyć uśmiech Pana Boga.
Przed nami także nowy rozdział i praca na większą skalę. Choć nie ukrywamy swojej chrześcijańskiej, zielonoświątkowej tożsamości, nawiązaliśmy życzliwe kontakty z wieloma organizacjami i instytucjami państwowymi, m.in. z Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Rembertowie. W ramach tej współpracy już od maja obejmiemy swoją opieką 18 rodzin, głównie poprzez warsztaty. mające na celu rozwinięcie konstruktywnego sposobu patrzenia na swoje życie. Jednocześnie planujemy już wakacje dla tych rodzin, myślimy o wyprawkach na nowy rok szkolny.

Mamy nadzieję, że wasze marzenia się zrealizują, a my, jako kościół, będziemy mogli uczestniczyć w tym dobrym dziele!

Możesz pomóc. Przeczytaj o naszej akcji zbiórki żywności!

20130428-ujrzec-usmiech-pana-boga