Złota 3

2013-02-04 | Wywiady

Złota 3

Michał i Małgosia Siczkowie. Przyjechali do Warszawy, żeby założyć nową zielonoświątkową społeczność. Czy wiedzą już gdzie? Czy mają pomysł, jak przyciągnąć do niej ludzi? Czy w stolicy w ogóle potrzebny jest jeszcze jeden kościół? Dziś pierwsza część rozmowy z Michałem o jego projekcie założenia nowego zboru w Warszawie. 

Michał, kiedy zrozumiałeś, że założenie nowego zielonoświątkowego kościoła w Warszawie to twoje powołanie?
Michał: Wszystko zaczęło się kilka lat temu od zwykłego spaceru w Centrum Warszawy. Modliłem się do Boga i nagle otrzymałem wizję dotyczącą założenia nowej społeczności w tym mieście. Przeżycie, którego wtedy doświadczyłem, było na tyle silne, że zaraz po powrocie do domu zacząłem o tym rozmawiać z żoną. A ona właściwie od razu zaakceptowała ten pomysł.

Tak po prostu?
Zaczęło się od silnego przeżycia podczas spaceru, o którym wspomniałem. Ale to przeżycie towarzyszy mi właściwie po dziś dzień. Wcześniej brałem pod uwagę, że jeśli to wszystko nie jest z Boga, to po prostu nie przetrwa, zniknie, rozpłynie się. Ale nie znikło. W tym czasie dużo się zastanawiałem, modliłem, rozmawiałem z przyjaciółmi, rozważałem za i przeciw. Po drodze doświadczyłem jednak splotu tak dziwnych przypadków, że zaczęło coraz mocniej do mnie docierać, iż nad całym projektem może czuwać jednak Pan Bóg. Jestem ostrożny, jeśli chodzi o interpretowanie takich znaków bo może coś znaczą, a może nie. W tym przypadku jednak wierzę, że to nie był zwykły zbieg okoliczności.

O jakich przypadkach mówisz?
Pierwszy. Kiedy myśleliśmy z żoną już poważnie o przeprowadzce, szukaliśmy w Warszawie jakiegoś miejsca. Mniej więcej przed rokiem zadzwonił do mnie przyjaciel i mówi tak: „Modliłem się o was i Bóg objawił mi pewien konkretny adres. Nie wiem, co to znaczy, nie wiem nawet, czy taka ulica istnieje w Warszawie, ale chciałbym ci ją podać”. Okazało się, że ta ulica istnieje w Warszawie. I nawet dobrze ją znałem. To było to samo miejsce, gdzie po raz pierwszy zostałem poruszony myślą o założeniu nowego kościoła w stolicy. Drugi. Wykonywałem raz takie ćwiczenie, które jest pomocne przy zakładaniu nowego zboru. Chodziło o to, żeby na planie miasta zaznaczyć jak najlepsze miejsce, biorąc pod uwagę rozłożenie strategicznych punktów, takich jak uniwersytety, firmy, osiedla itp. Trochę na chybił trafił zaznaczyłem miejsce, które wydało mi się odpowiednie. I znów okazało się, że to mniej więcej to samo miejsce i ta ulica, która od początku przewija się w mojej opowieści.

Coś za dużo tych przypadków.
To nie koniec. Pojechałem tam, gdzie postawiłem krzyżyk na mapie, a tu tylko rząd kamienic. Poza tym nic ciekawego, pustka. Z punktu widzenia kogoś, kto myśli o założeniu nowego zboru, miejsce raczej mało atrakcyjne. Zacząłem więc po prostu szukać w Internecie jakiejś salki, którą mógłbym wynająć i rozpocząć spotkania modlitewne. Możesz sobie wyobrazić, że byłem trochę zaskoczony, gdy dość wysoko w wynikach wyszukiwania znalazłem adres, pod którym niedawno jeszcze się przechadzałem. Czekała tam salka do wynajęcia. Niewielka, ale idealna na początek. Pojawił się jednak pewien problem – wynajęcie oferowano tylko do godziny 16.00. My chcieliśmy się spotykać później.

Udało się?
Tak. Po jakimś czasie właściciele sami do mnie oddzwonili i powiedzieli, że nie ma problemu. Zaproponowali też bardzo atrakcyjną cenę jak na Centrum Warszawy. Informację o tym, że zamierzamy się w ich salce modlić, przyjęli bardzo życzliwie. No i tak znalazłem się w miejscu, od którego wszystko się zaczęło – przy ul . Złotej 3.

Wiążesz z tą lokalizacją jakieś szczególne nadzieje?
Wydaje się, że to, co cię tu przywiodło, to jednak nie był zwykły zbieg okoliczności. Jak już mówiłem, jestem ostrożny, jeśli chodzi o takie znaki. Wierzę, że Bóg chciał mi coś powiedzieć i że mnie tu przyprowadził. Ale jestem otwarty na jego kolejny plan. Gdy powstawał zbór w Lublinie, w ciągu dziesięciu lat zmienialiśmy lokalizację chyba siedem razy. Spotykaliśmy się na różnych osiedlach, w różnych domach kultury. Ale przecież wszędzie tam Bóg był z nami. Wreszcie udało się kupić ziemię i zbór przestał krążyć po całym mieście. Ale wyniosłem z Lublina ważną lekcję – Kościół to nie konkretne miejsce, Kościół to relacje. Ludzie pojadą nawet na drugi koniec miasta, jeśli znajdą tam miłość, przyjaźń i zrozumienie.
CDN.