Przebudzenie

2013-03-11 | Wywiady

Przebudzenie

Kto śpi, ten nic nie robi. Nie może. Trwa w iluzji. Żyje marzeniami o pięknym życiu, ale one się nigdy nie spełniają. Ten, kto się przebudzi, zaczyna działać. Widzi świat takim, jakim jest naprawdę. Ale właśnie wtedy jego marzenia mają szansę się spełnić.

Wywiad z pastorem Mirkiem Kulcem.

Mirku, za tydzień poprowadzisz na Siennej weekendową konferencję poświęconą tematowi przebudzenia. Co nas czeka?
Mirek Kulec:
Przede wszystkim chciałbym, żeby moi słuchacze doświadczyli przebudzenia Pastor Mirek Kulec osobiście. To nie będzie konferencja, podczas której wygłoszę parę prelekcji, potem sobie porozmawiamy i rozejdziemy się do domów. To, co będę mówił, ma otworzyć ludzi na Boże działanie. Chciałbym, żeby poprzez słuchanie Bożego Słowa i modlitwę Duch Święty wpłynął na Wasze życie i zmienił je.

Jak rozumiesz przebudzenie?
Odpowiem tak: jak człowiek śpi, to nic nie robi. Żyje jakimiś marzeniami, ale one nigdy się nie spełniają. Trwa w iluzji. Dopiero kiedy się przebudzi, zaczyna naprawdę działać. 

Jak osiągnąć takie przebudzenie? Opowiesz o tym podczas konferencji?
Przede wszystkim chciałbym mówić o duchowej relacji z Bogiem. Bo to ona przynosi przebudzenie. Moje wykłady nie będą więc instrukcją w punktach, jak zostać przebudzonym. Całą konferencję poświęcimy raczej temu, jak żyć na co dzień w bliskości z Bogiem. W moim przekonaniu to prosta droga do przebudzenia.

Czy wiesz już, o czym konkretnie opowiesz nam w ten weekend?
W jakimś sensie wszystkie sesje pozostają otwarte. Jeśli pytasz mnie, co dokładnie powiem, to nie przedstawię ci żadnego konspektu. To po prostu nie mój styl. Owszem, tu gdzie żyję, na południu, ludzie są uporządkowani i czasem przed konferencją dostaję takie prośby o przedstawienie dokładnego planu wykładów. Ale zawsze wtedy odpowiadam, że ja tak nie działam. Czuję, że muszę pozostawać elastyczny. Moje najlepsze konferencje to te, podczas których było miejsce na improwizację. Wtedy zawsze wydarzały się jakieś ważne rzeczy.

A jak określiłbyś swój styl kaznodziejski?
Przede wszystkim żaden ze mnie uczony kaznodzieja. Ja jestem prosty chłop, którego Bóg zbawił i uratował. Moje kaznodziejstwo to nieustanne dzielenie się tym świadectwem. W moich kazaniach jest też miejsce na uporządkowane i rzetelne studium Słowa Bożego. Wiem, że to jest ważne. Ale jeśli pytasz mnie o mój styl, to pierwsze przychodzi mi jednak do głowy dzielenie się świadectwem o tym, co Bóg uczynił w moim życiu.

A co Bóg uczynił w twoim życiu?
Znalazł mnie, zbawił, przygotował do służby. A potem ocalił mi życie. Mógłbym wiele mówić o moich misjach do Związku Radzieckiego czy innych niezapomnianych dla mnie wydarzeniach. Po dwudziestu latach służby mogę powiedzieć tyle, że to, co jest między mną a Bogiem, to nie chwilowa fascynacja. To miłość, która przetrwała próbę czasu.

Powiedziałeś, że Bóg ocalił twoje życie. Co się stało?
Kilka lat temu byłem bardzo poważnie chory, miałem zapalenie mózgu. Moja żona była już prawie wdową. Właściwie nie powinienem teraz jeździć samochodem czy rozmawiać z tobą. A właśnie to robię. Bez Bożej pomocy nie udałoby mi się wrócić do zdrowia.

Mirku, czy jest jakaś książka, poza Biblią, która ostatnio cię zafascynowała?
Czytam teraz książkę Johna Ortberga - Ja, którym chcę być. W poszukiwaniu Bożej wersji siebie. To opowieść o tym, że jest tylko jeden ja, który był w Bożym planie. Ale ludzie mają wiele wersji samych siebie. Czytam więc Ortberga i zastanawiam się, czy jestem tym Mirkiem, którego planował Bóg.

Ciekawe. Jesteś polskim pastorem, który prowadzi zbór w… Czechach. Dość niezwykłe. Jak tam trafiłeś?
Ten zbór znajduje się na Zaolziu. Jeździłem tam usługiwać Słowem już od 2001 roku, natomiast systematyczną pracę prowadzę na miejscu od trzech lat. To zbór polonijny, choć trzeba wziąć pod uwagę, że Zaolzie ma swój specyficzny status. To taka trochę ziemia niczyja. Teren sporny.

Powstały przez to zadry między ludźmi?
Nie dostrzegam tego. Ludzie są tu spokojni. Ale też nigdy nie dochodziło na tych terenach do czystek czy mordów. Granice były przesuwane, ale ludzie pozostawali sąsiadami. Dziś to widać.

Jak prowadzi się Polakowi zbór w Czechach?
Bardzo dobrze. Ostatnio żyję mocniej sprawami organizacyjnym. Mam siedmiu starszych zboru, z których próbuję zrobić fajny, zgrany zespół.

Czy do zboru przychodzą Czesi?
Tak, coraz więcej Czechów pojawia się na nabożeństwach.

Ale przecież podobno wszyscy Czesi to ateiści.
Nie, Czesi nie są ateistami. Czesi wierzą w „cosizm”. – Coś tam pewnie nad nami jest – słyszałem nieraz. – Ale co? Kto to może wiedzieć… oto standardowe credo Czecha. W coś wierzą, ale sami nie wiedzą w co. Coś jest, może Bóg, ale pewności nie ma. Natomiast rzadko spotyka się tutaj prawdziwego ateistę, który jest przekonany, że poza materią, poza ciałem, nie ma absolutnie nic.

Ale do Kościoła to Czesi raczej nie chodzą?
To prawda, generalnie nie chodzą do Kościoła. Nie obchodzą też świąt. Ale jeśli się im bliżej przyjrzeć, to jednak czegoś w życiu poszukują. Z drugiej strony warto wspomnieć, że tu, gdzie jestem pastorem, w promieniu 20 km funkcjonuje ze 20 zborów. Nie takie więc zupełnie świeckie te Czechy.

Próbujecie docierać do Czechów z Ewangelią?
Przekonuję się, że najskuteczniejsza ewangelizacja to ta w Kościele. Spotkania w domach kultury już się nie sprawdzają. Ludzie chcą przyjść na dobrze przygotowane nabożeństwo i coś tutaj przeżyć. Drugie skuteczne narzędzie to „kawa i herbata” – mam na myśli życzliwe i osobiste relacje między ludźmi. Relacje przyciągają do Kościoła, także Czechów.

Dla Polaków brzmienie czeskiego języka bywa zabawne. Czy ciebie też rozwesela? Już się przyzwyczaiłem, już mnie nie śmieszy. Jestem teraz raczej na etapie odkrywania tego języka. Nam Polakom wydaje się, że znamy czeski. A ja stwierdziłem w pewnym momencie, że z trudem cokolwiek rozumiem. No i okazuje się, że czeskiego wcale nie tak łatwo się nauczyć. Mam też inny problem. Coraz trudniej zachować mi w czystości język polski. Dość szybko zacząłem przyswajać miejscową gwarę. Muszę się teraz pilnować podczas publicznych wystąpień poza zborem, żeby nie powiedzieć czegoś, co samym brzmieniem wywoła uśmiech. Ale pewnie i tak za tydzień złapiecie mnie na paru dziwnie brzmiących słówkach. No, ale skoro już to „wicie”, to mam nadzieję, że mnie „zrozumicie”.