Nasza Macedonia

2015-03-04 | Wywiady

Nasza Macedonia

Jacek i Magdalena Duda, misjonarze z Siennej.

Spędziliście w Macedonii prawie 2 lata. Co wam się podoba w kulturze i stylu życia mieszkańców tego kraju?
Magda: W Macedonii wciąż pielęgnuje się taką spontaniczną gościnność, która w Polsce, w dużych miastach, jest już rzadko spotykana. Domy są zawsze otwarte, ludzie odwiedzają się bez zapowiedzi i nie ma czegoś takiego jak zły moment, by wpaść na kawę, porozmawiać.
Jacek: Ta otwartość jest wspaniała, a gdy dołoży się do niej jeszcze typowo macedońską uprzejmość, dochodzi czasem do zabawnych sytuacji. Pewnego razu umówiłem się z kolegą, że przyjdę do niego na kawę. On, ze względu na tę macedońską uprzejmość, nie śmiał odmówić. Ale kiedy stanąłem w drzwiach, okazało się, że w jego mieszkaniu odbywa się właśnie stypa! Mnie również nie wypadało po prostu odejść, więc wszedłem zaproszony do środka i tak spędziłem czas na stypie, w towarzystwie jego rodziny, która popijała rakiję i wspominała nieznanego mi zmarłego. Czułem się wtedy niezręcznie, choć porusza mnie serdeczność tych ludzi.
W Macedończykach podoba nam się także to, że zwykle bardzo entuzjastycznie reagują na obcokrajowców. Są wdzięczni, że ktoś zechciał ich odwiedzić, a gdy widzą próby posługiwania się językiem macedońskim, są wręcz zachwyceni. To bardzo piękny i gościnny kraj.

A jak radzicie sobie z nauką języka?
Jacek: Jeśli chodzi o zrozumienie i podstawową komunikację, jest już na prawdę dobrze, ale oczywiście wciąż musimy pracować nad wymową. Potrzeba trochę więcej czasu, żeby mówić zupełnie swobodnie.
Magda: Mój mąż pięknie nauczył się języka! Prawdziwe lekcje z nauczycielką mieliśmy tylko przez cztery miesiące, ale to dało nam dobre podstawy. Teraz uczymy się z książek, z rozmów z ludźmi. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do spędzania czasu przed telewizorem, ale zakup telewizora również okazał się bardzo pomocny. Z wiadomości, reklam i bajek dla dzieci uczymy się języka i kultury.

Jak mieszkańcy Kratova reagowali na waszą obecność? Przyjechaliście z dalekiej Polski do małego miasteczka, nie ze względu na pieniądze, a z powodu powołania od Boga. Czy to ludzi nie dziwiło?
Magda: Szybko zrozumieliśmy, że wielka sympatia Macedończyków wobec obcokrajowców dotyczy raczej turystów, a my… najpierw zetknęliśmy się z nieufnością i dystansem. W końcu nie przyjechaliśmy na chwilę, ale po to, by tam mieszkać. Nasza obecność w Kratovie była może niezrozumiała, a przede wszystkim kojarzona z “inną wiarą”. Trzeba było czasu, żeby ten mur podejrzliwości opadł. Nigdy jednak nie spotkaliśmy się z jawną wrogością, nie doświadczyliśmy żadnych nieprzyjemności, przed którymi przestrzegali nas inni misjonarze pracujący w tym kraju.

Czy ludzie chętnie rozmawiają z wami o Panu Bogu?
Jacek: Oni w ogóle nie są przyzwyczajeni do poruszania takich tematów. W macedońskiej mentalności zachował się wyraźny podział na to, co święte i świeckie. Bożymi sprawami zajmuje się pop, a normalny człowiek - sprawami tego świata. Jeśli okoliczności życia wymagają kontaktu z Panem Bogiem, od tego są osoby duchowne. Większość osób nie zwraca się do Boga osobiście i nie umie też o Nim swobodnie rozmawiać. Nawet gdy ktoś zapytał: “skąd wracasz”, a Magda odpowiedziała: “z kościoła”, zapanowała konsternacja - bo jak tu dalej rozmawiać?
Byliśmy na to przygotowani i słyszeliśmy czasem radę, by w kontaktach z ludźmi nie odnosić się bezpośrednio do spraw wiary i Pana Boga. Nasze doświadczenie jest jednak zupełnie inne - gdy zaczęliśmy wprost opowiadać Ewangelię i dzielić się świadectwem swojego życia, zobaczyliśmy jak otwierają się serca ludzi i zmienia się ich nastawienie.

Przypominacie sobie jakiś szczególny moment duchowego poruszenia w waszej służbie?
Magda: Od jakiegoś czasu organizowałam co miesiąc spotkania dla kobiet. W lutym, tuż przed wyjazdem z Macedonii, odbyło się takie spotkanie poświęcone miłości. Przyszło sporo kobiet, wiele z nich było niezwiązanych z kościołem. Nie chciałam skupiać się na miłości romantycznej, bo wiele z tych kobiet ma bagaż trudnych, bolesnych doświadczeń. Postanowiłam pokazać “Most” - półgodzinny film, który jest metaforą miłości Boga do ludzi, ukazanej w Jezusie. Po filmie planowałam podzielić się swoimi przemyśleniami, ale ogarnęło mnie takie wzruszenie, że ze łzami w oczach głosiłam tym kobietom Ewangelię. One wszystkie również płakały. To była wyjątkowa chwila.
Jacek: Dla mnie niesamowite było obserwowanie, jak zmieniają się ludzie wokół nas. Widziałem, jak Bóg działa w życiu chłopaków, którzy przychodzili do naszego klubu młodzieżowego, w życiu jednego z sąsiadów. Zaprzyjaźniliśmy się też z miejscowym przewodnikiem turystycznym i jego rodziną - to poszukujący człowiek, który na początku był otwarty na rozmaite duchowe drogi, a potem zaczął zbliżać się do Jezusa i do Kościoła. Cieszę się, że mogłem towarzyszyć w tej przemianie.
A poza tym, w taki wręcz namacalny sposób, doświadczyliśmy Boga w naszych trudnościach i w Jego bezpośredniej odpowiedzi na modlitwę. Było trochę takich kryzysowych momentów, a Bóg odpowiadał w cudowny sposób. Pamiętam taką chwilę, kilka miesięcy temu, gdy wszystko się strasznie pokomplikowało. Magda właśnie zaszła w ciążę i źle się czuła, nasz synek Ruben zachorował. Mieliśmy jechać do lekarza do Skopje, a po opłaceniu wizy mieliśmy też trudności finansowe. Na to wszystko zepsuło nam się auto i po kilku dniach usilnych poszukiwań nie byliśmy w stanie znaleźć nikogo, kto mógłby nam pomóc w naprawie czy transporcie do stolicy. Wszystko się waliło i paliło i wiedzieliśmy, że została nam tylko modlitwa. Byliśmy na granicy decyzji, by pakować się i wracać do Polski.
Zaczęliśmy wtedy modlić się na głos. Gdy tylko powiedzieliśmy “amen”, zadzwonił telefon. Pan Bóg w cudowny sposób zainterweniował, w ciągu 20 minut rozwiązał się problem auta, a później także wszystkie pozostałe.

Czyli misjonarze też miewają chwile zwątpienia?
Magda: Dla mnie to były bardzo trudne dwa lata, choć przez te wszystkie wydarzenia Pan Bóg bardzo wiele mnie nauczył. Sporo chorowaliśmy i czasem czuliśmy się zupełnie bezradni. W grudniu wszyscy troje ciężko zachorowaliśmy, ja byłam już w zaawansowanej ciąży, lekarze nie chcieli mnie leczyć - mieliśmy się naprawdę źle i trwało to kilka tygodni. Przez większość naszego pobytu w Macedonii, Ruben miał problemy skórne i nie mieliśmy możliwości, żeby mu pomóc. Dla nas, jako rodziców, było to chyba najgorsze. W takich chwilach łatwo poczuć, jak byśmy byli zupełnie sami, gdzieś na końcu świata.

Wytrwaliście - dzięki Bogu. Czy odczuwaliście wsparcie ze strony wierzących z Polski?
Magda: Och tak, Polacy dzielnie nam pomagali. Dwa razy przyjechała wspaniała ekipa z Siennej (i z całego kraju), odwiedzili nas też znajomi, którzy w czasie swojego urlopu wyremontowali klub młodzieżowy i inni, którzy pobłogosławili nas wspólnie spędzonym czasem. Choć Macedonia jest daleko i nie po drodze, ludzie poświęcali swoje wakacje, by nas odwiedzić. Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni.

Wróciliście do Polski, za kilka tygodni urodzi się wasza córeczka. Czy to koniec misji? Co dalej?
Magda: Chociaż to były trudne dwa lata, mamy poczucie, że Pan Bóg powołuje nas do dalszej służby w Macedonii. Wciąż daje nam miłość i pasję dla tego kraju.
Jacek: Zaczęliśmy w trudnych okolicznościach i w trudnym duchowo regionie Macedonii, ale mamy poczucie, że było to bardzo dobre przygotowanie. Teraz Bóg zachęca nas, byśmy poszerzyli zasięg służby. Chcielibyśmy kontynuować pracę, którą rozpoczęliśmy w Kratovie i w Probistip, ale widzimy też nowe możliwości. W nieco większej miejscowości na południu kraju, w Gevgelji, nasi przyjaciele misjonarze prowadzą duży zbór, który daje wiele okazji do niesienia ludziom Ewangelii. Pan Bóg daje nam tam również kolejne osoby, z którymi będziemy mogli stworzyć większy zespół misyjny, a także mieszkanie, w którym moglibyśmy zamieszkać. W perspektywie kilku lat pojawiają się również pomysły na usamodzielnienie finansowe. To wszystko jest odpowiedzią na naszą modlitwę. Czujemy, że wszystko to jest częścią Bożego planu dla nas i jeśli On nas pośle - chcemy już w czerwcu wrócić na pole misyjne i dalej służyć w Macedonii.

Jak możemy wam pomóc?
Magda: Po pierwsze, chcemy wam serdecznie podziękować - aż 30 osób z Siennej regularnie wspierało nas przez te dwa lata. Dziękujemy za każego, kto się o nas modlił, kto do nas pisał. Dziękujemy też wszystkim, którzy do nas przyjechali i wszystkim, którzy wspierali nas finansowo. Bez Waszej ofiarności nasza służba w Macedonii nie byłaby możliwa. Modlimy się, by na kolejne dwa lata znaleźli się tacy wierni współpracownicy. Znów będziemy potrzebować duchowego, emocjonalnego i materialnego wsparcia i wierzymy, że Pan Bóg o to wszystko się zatroszczy. Wszystkich, którzy mają w sercu Macedonię, zapraszamy serdecznie na wieczór misyjny dziś o godzinie 17.00. Opowiemy więcej o naszej służbie, podzielimy się marzeniami i trudnościami, a także świadectwami Bożego działania.
Jacek: Chociaż finanse są ważną kwestią - bez nich po prostu nie będziemy mogli wrócić do Macedonii - nie jest to jedyny sposób, by wspierać pracę misyjną. Bardzo potrzebujemy osób, które będą chciały czasem zwyczajnie z nami porozmawiać i się pomodlić. Potrzebujemy siebie nawzajem. Choć mieszkamy daleko, wiemy, że nie jesteśmy sami i zapraszamy was, byście przyłączyli się do naszej służby.