Czy warto pomagać?

2013-03-25 | Wywiady

Czy warto pomagać?

Czy nasza pomoc cokolwiek zmienia? Dziś szczera rozmowa z pastorową Bogną Kuczyńską o dylematach związanych z pomaganiem innym.

Czy warto pomagać innym? Zwykle nasza pomoc to kropla w morzu potrzeb. Nie pomożemy wszystkim, nie rozwiążemy problemów świata. Nasze wsparcie niewiele zmieni. Nie żal więc oddawać tych ciężko zarobionych pieniędzy?
Bogna Kuczyńska:
Często słyszy się takie argumenty od osób, które w jakiś sposób mierzą się z tematem pomagania. Czy to w ogóle ma sens? Czy nie lepiej zamiast ryby dać komuś wędkę (czyli niech poradzi sobie sam)? Czy mamy pewność, co dana osoba zrobi z podarowanymi przez nas pieniędzmi? A skoro nie mamy, to czy możemy te pieniądze przekazać? Myślę, że warto wtedy przede wszystkim zbadać swoje motywacje. Czy naprawdę chcę pomóc i szukam najlepszego sposobu by to zrobić, czy raczej szukam wymówki, bo żal mi rozstawać się z moimi pieniędzmi. Zawsze można je przecież wydać na coś, co przyniesie przyjemność mnie samemu. Ale jeśli zdecydujemy, że jednak chcemy komuś pomóc, to jestem przekonana, że znajdziemy dobry sposób, by zrobić to mądrze i z pożytkiem dla innych.

A czy mają sens zbiorowe akcje pomocy, jak choćby te nasze coroczne wielkopostne zbiórki pieniędzy? W Lesotho dalej bieda, w Sudanie ciągle niespokojnie.
To oczywiście prawda, że nawet takie przedsięwzięcia są kroplą w morzu potrzeb. Wydaje się, że globalnie nie zmieniają wiele. Ale lokalnie już tak. Konkretne osoby otrzymują pomoc. Poprawia się sytuacja konkretnej społeczności. Gdzieś zaczyna funkcjonować szkoła, gdzieś pojawia się studnia z czystą wodą. W pomocy tkwi wielka siła. Gdyby każdy dorosły Polak dał teraz tylko złotówkę, to małym nakładem sił uzbieralibyśmy natychmiast ok. 20 mln zł. Za takie pieniądze można już rozwiązać trochę problemów. Może więc zamiast myśleć, jak mało znacząca jest nasza pomoc, lepiej wciągać do niej innych. Im więcej nas będzie, tym więcej wybudujemy szkół, studni i kościołów. I tym bardziej nasza pomoc będzie znacząca.

Co roku na Siennej wielkopostna akcja pomocy. I co roku towarzyszy jej pytanie: Dlaczego pomagamy dzieciom z zagranicy, a nie naszym, polskim?
W Polsce na pewno jest wiele potrzebujących osób. W miarę możliwości pomagamy im przez okrągły rok. Ale warto też zadać sobie pytanie, czy problemy Polaków są dziś porównywalne z tymi, których doświadczają ludzie w najbiedniejszych zakątkach świata. Bywa, że są tam w ogóle pozbawieni pomocy, a czyjeś wsparcie dosłownie ratuje im życie. Zresztą jako Polacy sami doświadczyliśmy kiedyś dużej pomocy z zagranicy. Oprócz swojego wymiaru materialnego ważna była również świadomość, że ktoś o nas pamięta. A gdyby tak ktoś wtedy zapytał: A co nas obchodzi ta Polska? Dla nas było niesłychanie ważne, że jednak kogoś obchodziliśmy. Taka zagraniczna pomoc ma też swój wymiar ewangelizacyjny. Razem z pomocą do najodleglejszych zakątków świata dociera wiadomość: jesteśmy chrześcijanami, troszczymy się o was.

Jak pomagać na co dzień, żeby robić to mądrze?
Bardzo często już samo zainteresowanie jest wartościową pomocą. Świadomość, że ktoś o mnie myśli i chce mnie wesprzeć, jest kojąca. Najmądrzej będzie więc po prostu porozmawiać z kimś o jego sytuacji i problemach. Zastanowić się, jaka forma pomocy byłaby najwłaściwsza. Nie bać się o to zapytać. Drogę wskazuje nam Pan Jezus, który mówił do potrzebujących ludzi: „Co chcesz, żebym ci uczynił?”. My natomiast często popełniamy taki błąd, że chcemy komuś pomóc na siłę i w dodatku w nietrafiony sposób. Ktoś stracił pracę i nie może znaleźć nowej, a my decydujemy, że przekażemy mu karton używanych ubrań. Ale ubrania nie są mu do niczego potrzebne. Jego problemem jest to, że nie może zapłacić za prąd albo szkolną wycieczkę dziecka. Taką osobę trzeba wesprzeć finansowo, a w dłuższej perspektywie pomóc w znalezieniu pracy. I nie obrażać się, gdy odmówi przyjęcia kartonu z używanymi ubraniami. A niestety potrafimy to zrobić. To pokazuje, że pomagając, bardziej myśleliśmy o samych sobie niż o tej drugiej osobie.

Najlepszą formą pomocy będzie przekazanie pieniędzy?
To zależy od sytuacji. Czasami przekazanie pieniędzy będzie wyłącznie uspokojeniem własnego sumienia, pozbyciem się problemu. Gdy na ulicy prosi nas o pieniądze osoba, która przeznaczy je za chwilę na alkohol lub narkotyki, i to po prostu widać, to przekazanie jej nawet paru złotych nie będzie żadną pomocą. Będzie jedynie pozbyciem się problemu.

A jak należałoby w tej sytuacji pomóc?
Porozmawiać. Zapytać o powody życia na ulicy. Wskazać adres miejsca, gdzie udzielana jest pomoc takim ludziom. Najczęściej zresztą osoby bezdomne doskonale znają wszystkie te adresy. Życie na ulicy związane jest z głębszym problemem. Ale dotarcie do niego zajęłoby nam czas. Nie chcemy go tracić. Swoje sumienie uspokajamy wręczając parę złotych. Błąd.

Bezpieczniej pomagać w obrębie zboru?
Chodzi raczej o to, czy znamy czyjąś sytuację. Czy wiemy, jak pomóc, by przynajmniej przybliżyć tę osobę do rozwiązania problemu. Oczywiście w zborze znamy się lepiej, więc łatwiej o trafioną pomoc. Ale i tu dostrzegam problemy. Są np. ludzie, którzy nie chcą w swoim życiu prawdziwej zmiany. Oczekują pomocy, która będzie utrwaleniem ich dotychczasowej egzystencji. Mogliby pójść do pracy, mają takie propozycje, ale nie chcą z nich skorzystać, bo np. uważają, że zarobią tam za mało. Sytuacja, w której tkwią, powoli ich niszczy, degeneruje. Pomagając im w jej utrwaleniu, bierzemy w tym wszystkim udział. I znowu – mądra pomoc polegałaby na prawdziwym zainteresowaniu, może nawet na trudnej rozmowie. Jeśli boimy się takiego rozwiązania, a zamiast tego wręczymy pieniądze, to prawdopodobnie będziemy chcieli tylko uspokoić własne sumienie.

A zdarza się, że w zborze pojawiają się zwykli naciągacze?
Pojawiają się co jakiś czas różne osoby z zewnątrz, które proszą o pomoc. Twierdzą, że są wierzące, przyjechały z jakiegoś zboru. Mamy taką zasadę, że kontaktujemy się z tym zborem, by poznać sytuację takich osób, dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Właśnie po to, by pomóc im mądrze. I jeśli dochodzi do takiej pomocy, to najczęściej udzielamy jej przez macierzysty zbór. To mocno redukuje możliwość, że zostaniemy przez kogoś naciągnięci.

No dobrze, a co, jeśli zdecyduję, że jednak nie chcę pomagać innym, że to nie ma sensu?
Przede wszystkim będziesz musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ciągle jesteś chrześcijaninem. Chrześcijaństwo to przecież właśnie przede wszystkim dawanie.

Dawanie czego?
Miłości. A miłość to nie tylko przyjemne uczucia. To także praktyczne czyny. Zawsze możemy komuś coś dać. Czasem to będą pieniądze. Innym razem nasza uwaga, obecność, modlitwa. Bez rozdawania samego siebie nie ma chrześcijaństwa.

A czy takie rozdawanie może mnie samemu przynieść jakąś korzyść?
Lubię przykład Morza Martwego. Jest martwe, bo wody tylko do niego wpływają, ale nic z niego nie wypływa. Kiedy otwieramy się na innych, zaczynamy żyć. Kiedy przestajemy koncentrować się wyłącznie na sobie, zmieniamy się. Na lepsze.